Wydaje mi się, jakby to było wczoraj. Moje pierwsze spojrzenie na deskorolkę, następnie silne odepchnięcie i to uczucie, że  jadę na niej na stojąco, a inni na kolanku. Kurde, to już 20 lat, jak dostałem moją pierwszą deskorolkę ze straganu, gdzie ruska pani sprzedawała towar ze swojej ojczyzny. Wtedy moja ciocia kupiła mi tę ciężką grubą deskę z jednolitego drewna, z kółeczkami rodem z jakiejś terenówki. Skórkowana, miała takie skręty, że śmigało się na niej płynnie. Czułem się jak ryba w wodzie, mijając przechodniów, samochody i inne przeszkadzajki. To było piękne! Poczułem, że naprawdę żyję. Wtedy jeszcze  nie wiedziałem, że to śmiganie po ulicach nazywa się to downhillem, ale to była ZAJAWKA.

2003 – (fotograf Piotrek Hofi Hofman)  To pierwsze schodki jakie zacząłem skakać. Schodki te w 2003 były idealne do nauki. Na dzień dzisiejszy jest tam komisariat i jesteśmy wyganiani.

Zawsze koło mojego łóżka lub w łóżku była Ona, niczym wierna psina. Kolega miał rower, drugi miała piłkę do nogi, trzeci do kosza i tak moje zajawki zmieniały się. Najdłużej towarzyszyła mi piłka do nogi. To było coś - codzienne kopnięcie, coraz to nowa szrama, bo to wślizg nieudany, bo to ktoś  popchnął i od razu klin.

I tak mijały dni młodości.  Ważne było to,  żeby nie marnować czasu i robić to, co sprawia największą przyjemność. No tak, ale czegoś brakowało. I tak, 13 lat temu odkurzyłem moja ruską torpedę i zacząłem jeździć z osiedla na osiedle, z dzielnicy do dzielnicy. Było zabawnie, bo już wtedy chłopaki mieli ‘tajwany’, ‘rybki’, po prostu deski lepsze i na pewno profesjonalne. Ale ja cieszyłem się tym, co mam i tym, że zawsze wracając do domu, mogę zjechać po ulicy.

Tak minął rok śmigania na desce, która najbardziej przypominała wykałaczkę. Ale po roku, a raczej w trakcie tego roku poznałem nowego kumpla, późniejszego przyjaciela Hofi’ego. On, zagorzały rolkowiec, śmigał po murkach, rureczkach, schodkach - a ja za nim na swojej torpedzie. Nieszczęście sprawiło jednak,  że zimą na nartach but mu się nie wypiął i skręcił poważnie nogę w kolanie. Musiał więc odrzucić rolki, a że nie mógł żyć bez zajawki, zakupił sobie deskorolkę. Ja też zacząłem gnębić rodziców, żeby mi kupili deskę. I tak jakiś 12, może 11 lat temu nabyłem swoją pierwszą profesjonalną deskorolkę.

Początki były chyba najpiękniejszymi, najbardziej ekscytującymi chwilami, jakie dotychczas przeżyłem. Codziennie po szkole na desce, codziennie szum kółek i próby ollie. Wyjazdy np. gdzieś poza Lublin, żeby pojeździć w nowym nieznanym  miejscu. A jeśli wyjeżdżaliśmy gdzieś, gdzie nie wiadomo było, czy będzie miejsce do jazdy, to i tak liczyła się świadomość, że deska była obok nas. Zajawka na całego. Z czasem nasze ollie rosło, kickflip zaczynał się kręcić.  Poznawaliśmy chłopaków, którzy już jeździli długo i wiedzieli, o co biega w tym drewienku. To było coś! Przyjść popatrzeć, jak oni to robią i jak strasznie ich to kręci. Fajnie było, gdy któryś pomógł nam opanować jakiś trick. Kiedy spotykaliśmy ich   gdzieś na mieście i mówili nam „cześć”, byliśmy w  siódmym niebie. Przecież to oni byli  pionierami i już powoli stawali się żywą legendą Lublina.

2005 – (fotka z samowyzwalacza) Na zdjęciu jestem Ja, Hofi i Tomek. To zdjęcie jest chyba pierwszym jakie mieliśmy razem z deskorolkami. Zawsze jakieś były bez desek. Hofi to świetny przyjaciel który sprawiał, że deskorolka była czymś więcej niż zwykłe drewnem.

Dzisiaj,  gdy wracam do tych chwil, dni, lat – uświadamiam sobie, że tych osób już nie ma. Wiem, życie toczy się różnymi torami.  Ja zaczynałem później od nich i jeżdżę do dzisiaj i nie myślę, żeby z tego rezygnować. Nie wiem i pewnie nigdy się nie dowiem, czym była dla nich deskorolka i dlaczego rzucili ją w kąt.

Teraz widzę w Lublinie i na Lubelszczyźnie sporo osób, które wiedzą co chcą w życiu robić i czym dla nich jest deskorolka. Fajnie jest poczuć znowu ten klimat młodzieńczych lat, kiedy zaczynałem swoja przygodę z deskorolką. Trzeba przyznać, że większość z nich ma taki asortyment tricków i takie rozkminy na deskorolkę, że można się od nich wiele nauczyć. Najfajniejsze jest jednak to, że choć teraz informacje o deskorolce można spotkać na każdym kroku (internet, gazeta, skateshop), to odczuwa się, że są osoby które naprawdę wiedzą, że deskorolka to nie tylko kółka, trucki, deck, łożyska, papier i montażówki. To także więzy przyjaźni, wspieranie się, zajawka, jeżdżenie dla frajdy. Przecież nie każdy musi umieć zrobić hardflipa z 10 schodów, nie mówiąc już o większych przeszkodach.

Oglądając się wstecz i porównując sytuację obecną z tym, co było kilkanaście  lat temu dochodzę do wniosku, że ja musiałem się bardzo natrudzić, żeby  dowiedzieć się czegoś  i coś nowego podpatrzyć. Musiałem dorwać wideokasetę i przegrać ją dla siebie. Następnie oglądać własną kopię, aż taśma straci swoją powinność. Dzisiaj jest youtube, vimeo czy też inne portale. Można  obejrzeć deskorolkowy filmy nawet z Ugandy, co jeszcze 15 lat temu było nie do pomyślenia.

Cieszy mnie to, że choć minęło już 12 lat, istnieje jeszcze deskorolka dla samej deskorolki. 


2009 – (fotograf jacek jaco harasimiuk) na zdjeciu jest kuba ‘pieniądz’ koszel. Osoba która powoduje ze wracam do młodzieńczych lat i zajawka na deske jest jak 10lat temu. Z nim nie ma jak się nudzic codziennie kreatywna deskorolka.

2009 – (fotograf Agnieszka) Fotka przedstawia Mnie i Hofiego. Zdjęcie jest zrobione w Anglii. Po 12 latach jazdy razem Hofi pojechał do Anglii i tam się osiedlił. Ja wpadłem do niego we wrześniu. To tęsknota za jego osobą jak i  starą/jarą zajawką w stylu „Punishment”. Te 12 dni w Anglii były totalną, czystą przyjacielską zajawką. I nie chodziło o tricki, ale o to że jesteśmy razem na desce i kochamy to (http://vimeo.com/7005854)

„Lata mijają, a ja wciąż 10cm nad ziemią’’

Tekst: Jacek Harasimiuk

© 2009 Free Mind Magazine. Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved.